Pole tekstowe:

Historia i nie tylko -> Korzecznik, stąd nasz ród… -> Legendy

Pole tekstowe: ... bo wszyscy Rychwiccy, to jedna rodzina

 

Legendy i baśnie o Korzeczniku

Za górami, za lasami była sobie wieś Korzecznik w kujawskiej krainie. Wieczorną porą w chałupach przytulnych i ciepłych, snuły się baśnie i legendy stare, od pradziadów zasłyszane, z ojca na syna, z matki na córkę przekazywane, dziwów pełne. I nasi pradziadowie słyszeć je musieli, posłuchajmy zatem i my...

 

Baśń zaklęta w kamieniu. Był sobie głaz tak stary, że jego pojawienia się nie pamiętali najstarsi ludzie. Dawno, dawno temu przyniósł go do Korzecznika lodowiec - hen, z daleka - ze skandynawskiej krainy. Zdawałoby się, kamień zwyczajny, lecz nie wszystko jest tym, czym się wydaje... Powoli żłobiła go woda z bijącego nad nim źródła, spływając do pobliskiego jeziora lub w suche lata wsiąkając bez śladu w spragnioną ziemię.

Tymczasem u jeziora osiedlili się ludzie, polując, pasąc bydło i obsiewając pierwsze pola. Upodobali sobie Korzecznik: łąki, niezmierzone bory zielone ze zwierzyną, rzeczka i bogactwo ryb w wielkim jeziorze.

Kamień i źródło przy nim bijące stały się dla nich święte, strzegli go więc jak źrenicy oka. To tu przychodzili do kapłanów po radę, dobrą wróżbę czy błogosławieństwo. Tu składali ofiary swym licznym bogom. Bowiem woda zaczerpnięta z zagłębienia w głazie miała cudowne właściwości: goiła rany i przywracała zdrowie. Sława tego miejsca rozniosła się szeroko! Nikt nie słyszał nigdy o czymś podobnym w okolicy. Sowicie musieli zapłacić obcy, jeśli zapragnęli niezwykłej wody. Tylko zaczerpnięta z kamienia posiadała moc cudowną, a zagłębienie było niewielkie.

Mijały wieki, jedne osady niszczały, drugie sie pojawiały, a sława świętego miejsca trwała. Książę Meszko [Mieszko I] starych bogów czcić zakazał i kapłanów obcych sprowadził. Uczyli oni, że jeden jest Bóg. Lud jednak powoli do nowej wiary się przekonywał, strach im było i żal własnych bogów, bo swoi byli, znani. Choć książę Bolko, co go Chrobrym zwali, kamienne świątynie wznosić kazał, ludzie stare miejsca święte szanowali i o nich pamiętali. Różnie sobie z tym radzili kapłani nowej wiary. Niekiedy w miejscach starego kultu święte dęby zwalali, a kamienie w fundamentach kościołów kładli. Czasem jednak krzyże tam stawiali i kaplice budowali. I tak stare służyło nowemu. W ten ostatni, mądry sposób postąpił też pierwszy proboszcz niedawno powstałej parafii w Korzeczniku. Kazał przenieść święty kamień znad źródła do modrzewiowego kościółka, co powstał na wzgórzu, uczyniwszy z niego chrzcielnicę. Święta woda, jak dawniej czerpana z zagłębienia, teraz spływała na główki dziecięce, czyniąc z nich dzieci boże. Tak trwało przez pokolenia, ludzie rodzili się i umierali, a kamień, co stał się chrzcielnicą, wiernie spełniał swoją rolę. Aż przyszły dla niego złe czasy...

Pan na Korzeczniku zaparł się ojców wiary, do innowierców przystępując. A tak się w tej decyzji zawziął, że  proboszczowi i parafii katolickiej praw wszelkich odmówił, do jej upadku doprowadzając. Tylko kościół samotny, opuszczony i niszczejący trwał na wzgórku, a wraz z nim trwała i kamienna chrzcielnica.

Tymczasem za miedzą, w Modzerowie niedalekim, kościół pobudowano i parafię uczyniono. Modzerowski proboszcz, posłyszawszy od ludzi o chrzcielnicy kamiennej, postanowił ją do nowego kościoła przenieść. Bo jej miejsce nie tu, gdzie pustką świątynia stoi, lecz tam, gdzie lud tłumnie modlić się przychodzi. Ale jak to zrobić, gdy pan Korzecznika heretyk? Może nie da zgody, wszak to jego ziemia? W imię dobrego sąsiedztwa pleban jednak pozwolenie dostał. Pozostawało tylko przewieźć chrzcielnicę do Modzerowa, a jak się okazało - rzecz to była niełatwa. Pańskie konie, silne i wypasione, kilka razy próbowały, lecz kamienia nie ruszyły. Jakby je co opętało, rwały uprzęże, wierzgały, gryzły i szarpały. Nie chciał dziedzic koni zmarnować, więc w końcu zabrać je do dworu rozkazał.

 

O lipie zranionej, co Bogu posłuszną była. Działo się to dawno temu, gdy Rzeczypospolita szlachecka chyliła się powoli ku upadkowi, a lud w starej wsi Korzecznik żył, jak ich dziadowie - dla nich wszak żadna różnica, co tam dziedzice czy inni wielmoże w wielkim świecie czynili. Wiarę ojców pielęgnowali chłopi po dawnemu, tradycji strzegli, ziemię-żywicielkę szanowali, a praca ciężka i znojna była ich chlebem powszednim.

A mieszkało wtedy w Korzeczniku dwoje dzieci: Jędrek i Magda. Przyjaźnili się bardzo od dzieciństwa, ciągle razem przebywali i żyć bez siebie nie mogli. Jędrek był inny od swoich rówieśników. Gdy innym psoty były w głowie, on coś kozikiem majstrował lub zamyślał nad czymś, obserwując chmury. Pytany zwykle mówił, że obłokach widzi góry, baśniowe olbrzymy lub smoki latające. Słysząc to, pukali się ludzie w czoło, a rówieśnicy śmiali się i drwili. Tylko jedna Magda go rozumiała. Serce miała dobre, duszę uczciwą, a piękny, radosny uśmiech zawsze na twarzy. Gdy dorośli, jej uśmiech oczarował Jędrka: rozmiłował się w Magdzie na zabój. A i ona nie była przeciwna, pewna, że miłowanie i na nią przyszło. Rodzice obojga młodych już ślub planowali. Pod wpływem uczuć rozkwitły talenta Jędrka: opowiadać i śpiewać potrafił prześlicznie, sam proste instrumenty umiał robić. Gdy śpiewał lub grał, stawał się innym człowiekiem: powstawały wtedy barwne powiastki malowane melodią i podkreślane słowem. Chętnie słuchali go starzy i młodzi, choć niejeden wzruszał ramionami, mówiąc, że jeść mu to nie da.

W niedzielę i święta chłopi całymi rodzinami chodzili do kościoła w Bierzwiennej. Dawno już nie istniała parafia w Korzeczniku, daleko więc im było. Wreszcie którejś niedzieli ogłoszono decyzję biskupią, że Korzecznik i pobliskie wioski przynależeć będą do parafii w Modzerowie. Ucieszyli się chłopi z nowiny, a rodzice Jędrka i Magdy uradzili, by z tej pięknej okazji młodych pożenić. Narzeczeni do nóg im padli i ucałowali ich spracowane dłonie, godząc się chętnie z ich wolą.

Zdawało się wszystkim, że chłopak przyjął to spokojnie, tylko zamyślał się częściej, nie grał, nie śpiewał już wcale. Rodzice zaś Magdy gniewem wybuchli, że im się córka sprzeciwia. Kochali ją jednak, więc pogodzić z losem im się przyszło. - Wola boska, tak być musiało - mówili.

Pewnej niedzieli proboszcz ogłosił zapowiedzi Magdaleny ze wsi Korzecznik i Piotra z Modzerowa. Cieszył się z nich dobrodziej, bo pierwszy to węzeł małżeński połączyć miał obie wioski, parafialne przecież. Korzecznik wiele lat temu parafią był, a Modzerowo jest nią teraz. To tak, jakby czas stary z nowym się połączył, jak symbol trwałości Kościoła i małżeństwa zarazem.

Lecz Jędrek nie słuchał słów księdza, w jego sercu rozszalała się burza. Czuł wielki gniew, zazdrość, nienawiść - wszystkie te straszne uczucia wylały się teraz, niczym wzburzona rzeka. Skąd to się wzięło u spokojnego dotąd, rozumnego chłopaka? Chciał zabić Piotra i pozbyć się rywala, już obmyślał szczegóły zbrodni… Jak nic, diabeł mu te myśli podsuwał, Jędrek szedł z nimi spać i z nimi wstawał, dzień po dniu, ciągle tak samo.

Nadszedł wreszcie dzień ślubu Magdy i Piotrka w modzerowskim kościele. Jędrek sam nie wiedział, jakim cudem przeżył całą uroczystość, ściskając nóż ukryty w rękawie odświętnego odzienia. Po zaślubinach młodzi, szczęśliwi, stanęli przed kościołem, na wprost drzwi wielkich, obok lipy młodziutkiej i dorodnej jak oni sami.

Grą i śpiewem uświetniał nabożeństwa i Bogu dziękował, że go ustrzegł od zbrodni i ocalił duszę. Pannę posażną sobie wziął z Modzerowa i szczęśliwą założył rodzinę. W wielkiej przyjaźni pozostawał z Pietrkiem oraz Magdusią i wzajem sobie do chrztu dzieci nosili.

A co z lipą zranioną, żelazem rozdartą? Nóż ktoś wydobył, rosło drzewo i potężniało. Tylko pień rozszczepiony nie chciał się zabliźnić. O jego rozdwojeniu różnie ludzie mówią. Czy to symbol jedności i ciągłości parafii Korzecznika oraz Modzerowa? Pamiątka niedoszłej tragedii? Czy wyraz pokrętnej, dwoistej ludzkiej natury i ostrzeżenie? Dziwne zaiste są losy człowieka: niedalekie w nich dobro od zła, miłość od nienawiści ślepej i cienka częstokroć między nimi granica...

Choć wieki minęły i zmienił się świat, a wraz z nim i człowiek, to przecież uczucia pozostały te same. Do starych historii pamięć już nie sięga, a nikły ich ślad - jak echo dalekie - czasem przechowa legenda.

 

 

Zatopiony dzwon. Dawno temu stał sobie w Korzeczniku, na wzgórzu nad rzeczką, opodal jeziora, kościół drewniany. Po srogiej zimie, jakiej najstarsi ludzie nie pamiętali, przyszła piękna wiosna. Lecz radość z budzącej się do życia przyrody mąciły chłopom poczynania dziedzica. Że młodą i piękną żonę sobie ze świata przywiózł, to wszyscy wiedzieli. Ale szeptali ludziska coś jeszcze: że, w innej wierze chowana, pana i małżonka przekabacić umiała. Czy to prawda była - nie wiadomo. Pewne było jedno: dziedzic wiary katolickiej się wyrzekł i od Kościoła się odwrócił. Heretykiem się stawszy, proboszcza wyprosił i kościół zamknąć kazał. Mówił podobno, że w jego dobrach stoi, dziadowie go fundowali, więc prawo ma. Ale te jego dziady szlachetne w grobie się teraz przewracają, patrząc na niegodne postępki potomka! Lecz któż panów szlachtę zrozumieć zdoła? Nie prosty człek przecie!

I jak tu się cieszyć z nadchodzącej Wielkanocy? Teraz daleko mieli do kościoła, do sąsiedniej parafii chodzić musieli. Na domiar złego dziedzic rozgłosić kazał po wsi, żeby kto żyw, zgłosił się jutro rano do dworu - tam wolę swą im obwieści. A biada, gdyby kto nie przyszedł! Strach blady padł na wszystkich: nic dobrego to być nie mogło.

Rankiem, gdy wszyscy się już zebrali, pan rzekł w te słowa:

- Kościół w mojej włości zamknięty jest i bez klechy. Tedy tak, jakby go nie było. Wolą więc moją jest, aby go rozebrać. Gdy tylko pilne roboty polowe pokończone będą, ten tu przy mnie obecny pan podstarości do prac rozbiórkowych was poprowadzi. Ja sam będę je nadzorował i najpracowitszych sowicie wynagrodzę. Rzekłem i tak ma się stać!

Uwierzyć ludziom w te słowa trudno było. Jeśli wypełnią słowa dziedzica, to tak, jakby wiary ojców sie zaparli, jeśli się sprzeciwią - ukarze ich pan srogo lub życia pozbawić może.

A szedł już Wielki Tydzień. Posłusznie przyszli ludzie na wzgórze koło jeziora, pod kościół. Serce im sie krajało: jakże to: rozebrać świątynię, gdzie dziadów ich chrzcili? Już nigdy nie słyszeć dźwięków dzwonu, co wzywał przez lat tyle? Wnet zjawił się pan ze swoją świtą i rozkazał zacząć robotę - lecz nikt sie nie ruszył. Nie pomogły groźby. Wtedy wystąpił Kuba stary, co pewnie ze sto lat miał, i rzekł to, co wszyscy myśleli, lecz wyrzec się bali:

- Boga się bójta, Jaśnie Panie, i dziadów swych, którzy - a dobrze to pomnę - nie tacy byli!

Rozsierdził się dziedzic strasznie słysząc taką zuchwałość i dworskim nakazał batów użyć. Świstały, klaskały uderzenia, lament i harmider uczynił się wielki. Wtem głos dzwonu rozległ sie z wieży kościoła, a bił mocno, jak na trwogę. Nikt nie wiedział, czyja poruszyła go ręka, lecz jego dźwięk wzmocnił ludzi w ich postanowieniu. Pan zrozumiał szybko, że nic tu nie wskóra. Chyba, że zabije, lecz kto będzie wtedy jego pola obsiewał? Pogalopował ze swą drużyną ku kościołowi, ale dzwon tymczasem umilkł zupełnie. Co koń wyskoczy przywieziono z dworu liny i drabiny wysokie, a dworscy na wieżę kościoła wdrapywać się poczęli. Bo dziedzic chciał dzwonu się pozbyć, co ludzi - jego przecie własność - wspierał przeciwko niemu. Dla swej uciechy wiwatówkę zapragnął z niego odlać, przynajmniej będzie z niego jaki pożytek.

Wtem krzyk się rozległ na wieży! Oto dzwon ciężki, widać źle zdejmowany, z hukiem zleciał po dachu, ludzi kilku ciągnąc za sobą! Z łoskotem wielkim uderzył o ziemię, aż dziw, że nie pękł. Z impetem toczyć się począł po ostrej pochyłości wzgórza ku brzegowi jeziora. A jego serce o ścianki spiżowe waliło i dźwięki głuche wydawało! A liny, którymi go troczono, jak bicze śmigały! Nie było już w ludzkiej mocy go zatrzymać: z pluskiem wpadł do jeziora i przepadł na wieki w głębinie.

Dziedzic rozgniewany, z pustymi rękami do dworu wrócić musiał. Patrzyli na to wszystko ludzie oniemiali i kiwali głowami: nie dostał pan dzwonu - widać wola boska, nie pańska, ważniejsza tu była...

Dnia następnego skoro świt wieś wstała, by na rezurekcję pociągnąć, święta wielkanocne rozpoczynając. Nagle zdał się słyszeć dźwięk jakiś, naprzód cichy, niewyraźny. Cisza się uczyniła, jakby makiem posiał: ludzie nasłuchiwać zaczęli. I w ciszy tej usłyszeli perliste bicie dzwonu, naglące, wzywające - jak dawniej! Dalekie było i jakby przytłumione, lecz wyraźne przecież. Nie z wieży dzwon bił, lecz z głębin jeziora, a słyszeli go wszyscy: od dziecka maluśkiego do staruszków niedołężnych, co słaby już słuch mieli. I pierwszy raz od lat wielu lekko im było na duszy, zapomnieli o troskach wszelkich, radując się upragnioną Wielkanocą i budzącym się wkoło życiem!

Mówią też i dzisiaj - po wiekach tylu - że kto czystego jest serca, a przy Bogu i Ojczyźnie wiernie stoi, ten w poranek wielkanocny dźwięk zatopionego dzwonu sam usłyszeć może…

 

 

O wodniku i wierzbie. Za górami, za lasami, we wsi starej Korzecznik, mieszkała sobie z dziada pradziada rodzina Wojciechów, uprawiając z łaski pańskiej lichy spłacheć ziemi. Często bieda u nich gościła, ale pracowici byli i dumni, więc żyli jak Pan Bóg przykazał, nie narzekając zbytnio. Urodził im się synek, w odróżnieniu od ojca Wojciecha nazwany Wojtusiem - jak każdy pierworodny w ich rodzie imię ojca nosząc.

Tymczasem we wsi gruchnęła wieść, że dziedzic młyn będą budować. Ciekawi byli chłopi tego dziwu - młyna niezwykłego. Radowali się wielce, że na miejscu zboże mleć będzie, już nie trzeba daleko go wozić, a i na żarnach ciężko samemu mąkę robić.

Już sprowadził pan nad rzeczkę ludzi jakichś obcych, coś tam oglądali i radzili długo. Już przywieźli gdzieś ze świata pięknie obrobione młyńskie kamienie i koła zębate przemyślnie z dębiny wystrugane. Już rzeczkę przegrodzono, rozlewając jej wody w staw szeroki. Wreszcie stanął młyn piękny, drewniany, z kołem wielkim. Tajemnym sposobem woda szumiąca, spieniona na koło to spadała, w ruch puszczając urządzenia wszelkie. W chacie obok młynarz zamieszkał z jedyną córeczką Anusią. A zwali go wszyscy Wodnikiem, obcego imienia nie mogąc zapamiętać. Wodnikiem, bo wodę z rzeczki do roboty zapędzić umiał, za co go podziwiano wielce. Ceniono też bardzo, bo znał się na swym fachu jak nikt. Ściągali teraz ludzie do Korzecznika na mlewo z daleka! Wodnik swoje robił uczciwie, miarę miał sprawiedliwą, rentę dziedzicowi płacił sumienie i wszystkim dobrze się działo. Za bogacza go miano, o skarbach jego rzekomych szeptając po cichu.

 

F. Ruszczyc „Młyn nocą”

 

Wojciech, że silny był chłop, wiele we młynie pomagał, syna zabierając ze sobą. Polubiła Wojtusia córeczka młynarza, codziennie się z nim widując. Śliczna i dobra Anusia była oczkiem w głowie ojca, który marzył o jej o zamążpójściu dobrym i bogatym. Nie biednego Wojtusia miał na myśli, o nie! Wszystko, na co ciężko pracował, dla niej być miało, jedynaczki ukochanej. Nie zauważył przecie, że wczorajsze dzieci, dawno już nimi być przestały, że każdą wolną chwilę ze sobą spędzają, rozmiłowawszy się w sobie na wzajem. Aż wreszcie ludzie „życzliwi” donieśli Wodnikowi, co też się dzieje. Rozgniewany młynarz rozmówił się z Wojciechem i oboje spotkań swym dzieciom zakazali. Lecz młodzi, jak to młodzi, spotykali się dalej - w tajemnicy wielkiej. Nie zabronisz przecie sercu kochać, zwłaszcza gdy miłość wzajemna! Nocy pewnej wykradli się po kryjomu nad brzeg rzeki, gdzie wierzby rosły, przeglądając się w wodzie. Ułamał Wojtuś kawałek gałęzi dorodnej i zasadził ręką własną w żyznej ziemi. Jeśli ich miłość trwać będzie - niech rośnie szczęśliwie, jeśli miłości zabraknie - niech zmarnieje! Lecz wyśledził ich schadzki czujny Wodnik i na gorącym uczynku złapać postanowił. Nie będzie z tej mąki chleba! A że rozeźlony był bardzo, podkradłszy się do młodych i kołek wielki pochwyciwszy - runął z impetem na Wojtusia. Byłby mu głowę jak nic roztrzaskał, lecz cios z emocji źle wymierzył i w młodą wierzbinę trafił, pochyliwszy ją szpetnie. Zanim z rzeczki, do której wpadł z rozpędu, wydobyć się zdołał - Wojtusia i Anusi już nie było.

I nikt we wsi nigdy już ich nie zobaczył - zniknęli na zawsze. Wojciech żonę i całą gromadkę dzieci miał, rodzina wspierała go więc w smutku po synu pierworodnym. Lecz Wodnik, sam zostawszy, po niewczasie zrozumiał, że jedyne dziecko w swej głupocie stracił. Młyn terkotał jak zawsze, woda na kole szumiała, a młynarz już nigdy nie odzyskał radości.

A wierzba, co z nią? Wiotka z początku i pochylona ku rzece, rosła zdrowa, mężniała z roku na rok. Mocne korzenie w wilgotną ziemię zapuściła, przybywało witek, bazi i nowych liści każdej wiosny. Wiatry jej nie pokonały, nie zmogły zimy srogie - wszystkim nieszczęściom się oparła!

I dziś jeszcze tę starą, wielką wierzbę nad krętą rzeczką oglądać można, zamyślając się nad jej kształtem niezwykłym, pochyłym. I cieszyć się szczęściem córki młynarza i chłopa biednego, którzy gdzieś tam w świecie szerokim rodzinę założyli, silni miłością tak trwałą, jak ta wierzba mocarna.

 

 

Opracowała: Liliana Molenda

Zdjęcia: Stanisław i Liliana Molendowie

 

 

 

źródło:

Jerzy Warszewski „Legendy o Korzeczniku” Stowarzyszenie Z Edukacją w Przyszłość w Korzeczniku, Korzecznik 2009

 

Powrót do góry

Projekt i realizacja: Liliana Molenda 2008

Zbiegowisko się zrobiło: kto żyw, przyszedł popatrzeć. Zmartwił się proboszcz... Spojrzał na pracujące w polu woły chłopskie, nawykłe do roboty ciężkiej, uparte i mocne. Dziwili się ludzie: przecie konie silniejsze były i rady nie dały! Jednak dobrodzieja posłuchali i zaprzęgli woły do kamienia-chrzcielnicy. Nagle! Chłopi oczom nie wierzą! Tego, co nie mogło zrobić sześć par bachmatów dziedzica, para chłopskich wołów łatwo uczyniła. I powiozła skromną kamienną chrzcielnicę, co przed tysiącami lat z Gór Skandynawskich przyniósł tu lodowiec - do nowego kościoła w Modzerowie.

A cóż z naszym kamieniem dalej się działo?

Spełniał on swą rolę w Modzerowie tak dobrze, jak wcześniej w Korzeczniku. Spełniał długo, choć niepiękny był i nie rzemieślniczej roboty, lecz przez Matkę Naturę wyrzeźbiony. A gdy po prawie dwóch wiekach pierwszy kościół modzerowski tak dalece zniszczał, że trzeba go było nowym zastąpić, nie wrócił już kamień-chrzcielnica na swoje miejsce w świątyni.

Niepotrzebny położono pod okalającym kościół parkanem, opodal młodej, lecz już rozrośniętej lipy.

Długo jeszcze przybywający na nabożeństwa i odpusty wierni czerpali z zagłębienia w kamieniu wodę, co po deszczu tam była, obmywając twarze czy nogi utrudzone drogą, bo coś tam ciągle w pamięci im zostało.

Do dnia dzisiejszego pod lipą, co z młodej staruszką się stała, leży kamień ten, jak świat prawie stary, kryjąc zaklętą w nim baśń. Niejedno wszak mógłby opowiedzieć, gdyby tylko ludzie słuchać chcieli lub raczej - gdyby usłyszeć mogli…

Niezadługo w Modzerowie był odpust. A że był pierwszy dla nowych parafian, pociągnięto nań tłumnie. Poszła i Magdusia. Sama, bo Jędrek, zachorzawszy, musiał wylegiwać się w chałupie i brać na poty. Gdy poczuł się lepiej, pobiegł do Magdy, ciekaw nowin najróżniejszych, lecz jej w domu nie zastał. Od tej pory poczęła go unikać, a w duszy Jędrka zaczęło powstawać straszne podejrzenie. Lecz ona serce miała uczciwe - nie mogła i nie chciała już dłużej go zwodzić. Wyznała mu szczerze, że innego pokochała prawdziwą, mocną miłością, a jej uczucie do Jędrka jeno przyjaźnią było. Wszystkiemu serce było winne: pokochało naprawdę, głęboko, do śmierci. Lecz i serce Jędrka do śmierci kochało, a teraz krwawiło…

Powoli skradał się Jędrek do nowożeńców, przeciskając przez tłum winszujących... Patrząc w oczy Piotrowi, jak nie on, jak kto obcy, niepostrzeżenie nóż swój wydobył. - Boże, dopomóż! - szepnął i zamachnął się mocno.

Wtem - choć dzień był pogodny - wicher zerwał się gwałtowny. Poderwał źdźbła trawy, ziarna piasku, pokłoniły się drzewa kościół okalające. Przegięła się mocno między Jędrka i Pietrka młoda lipa, co rosła opodal i jakby jęknęła. A może to wiatr tylko? Jak się zerwał z nagła, tak ucichł raptownie. Łapano czapki, ogarniano sukmany i spódniki, przecierano oczy, w które wiatr piachem rzucił. Lecz cóż to? Nóż po rękojeść tkwi w młodym pniu lipy, przechodząc na wylot - skąd się tam znalazł? Tego nie wiedział nikt. Wszystko stało się tak szybko, w takim zamieszaniu i tumanach kurzu, że nikt nic nie zauważył, nawet sami młodzi. Tylko Jędrek pojął natychmiast, że to nie jego ręka cios zadawała i nie jego ręka przed ciosem uchroniła.

Jakie były dalsze losy Jędrusia? Szczęśliwe. Wieść niesie, że u proboszcza pozostał i wyuczył się na organistę.

Pole tekstowe: Pole tekstowe:

O nazwie wsi    |    Historia    |    Powstanie styczniowe    |    Legendy