Pole tekstowe:

Historia i nie tylko -> Bajka o pewnym Wojciechu...

Pole tekstowe: ... bo wszyscy Rychwiccy, to jedna rodzina

Dawno, dawno temu był sobie młody parobek Wojtek, a mieszkał w okolicach miasta Izbicy.

Tak jak i inni chłopi, ciężko pracował na polach pana Franciszka Zboińskiego. Był rok pański 1803. Ludzie mówili, że czas mu się żenić, więc zaczął szukać sobie panny. Spodobała mu się Jagna Walczaków, co ją widywał w izbickim kościele. Po ślubie zamieszkali w jej wsi rodzinnej, Chotlu. Tam też rychło urodziła im się córka, Petronela.

A właśnie nastały rządy syna pana Zboińskiego - Ignacego. Wojtek miał już rodzinę, ale nie miał własnej chałupy, ani nawet małego kawałka pola. Mieszkał i pracował w Wólce, gdzie wkrótce urodził mu się pierworodny syn, Janko.

 

Wojciechowi i Agnieszce coraz ciężej było... Dziękować Bogu, pan w Modzerowie mieszkać im nakazał. Wioska była mała, ale kościół mieli na miejscu, nie taki duży i murowany, jak w Izbicy, ale za to swojski jakiś. A i ksiądz proboszcz Szczerbik to ludzki i święty człowiek, choć surowy. Gadali, że pani Łucja męża zostawiła i drugi ślub brać będzie. Jakże to tak, jak raz już Panu Bogu przysięgała?

Wojciech z Agnieszką doczekali się w Modzerowie następnej trójki dzieci: Mateusza, Pietrka i Połonki. Mateuszowi rok było, jak zachorował na krosty i Pon Bóg wzion go do siebie Tymczasem stary pan Franciszek pomarł, rychło też zmarł młody pan, Ignacy Zboiński. Nie było tu źle Wojciechowi, ale myśl o własnej chałupie, a przede wszystkim o ziemi spokoju mu nie dawała…

Nowy pan nastał - Augustyn Słubicki mu było, który ożenił się z panią Łucją Zboińską. Dobry to był pan, galantny. Chłopami nie pogardzał, a Wojtka cenił za ciężką pracę i zdolności. „Do kogóż się udom? Najprzód do Boga, a potem do wielmożnego pona. Jak my tego nie poradzi to już nikt na świecie!” - myślał Wojtek. I poszczęściło mu się: dostał w Śmielniku kawał ziemi i zbudował chałupę. Wreszcie był tak upragnionym gospodarzem, sołtysem go wołali. Od tej pory Wojciechowi i Agnieszce dobrze się wiodło, zawsze było co do garnka włożyć: i pyry, i gzik ze sznytką chleba, a bywało, że i mięsa ździebko. Dzieci zdrowe były i nie umierały. A i nowe się rodziły: Salcia, Froncek, Ludwika i najmłodsza Marychna.

Pewnego dnia urzędników, co kiedyś do pana przychodzili i po niemiecku szwargotali, a potem po polsku - po naszemu, inni zastąpili. Ci mówili jakoś po inszemu, już nie tak twardo, a śpiewnie. Ludziska powiadali, że po rusku i że teraz w Rosyi, nie w Prusiech czy Polszcze im mieszkać przyszło… Cudy - pomiany! A przecie to nasza ziemia: tu każdy chłop, każda baba i dzieciok mały po naszemu mówi!

Najstarszemu synowi, Janowi - już dorosłemu - spodobała się Jagata Szczepaniaków, co w Modzerowie mieszkała. Wkrótce odbyło się weselisko, a młodzi zamieszkali na komornym w gospodarstwie ojcowym. Tam też urodził się im pierwszy syn - Wojtek mu dali, bo i św. Wojciecha akurat było.

Naszemu Wojciechowi, Agnieszce i dzieciakom, ciągle sprzyjał los: przenieśli się, dzięki panu, do nowego, większego gospodarstwa w pobliskich Korzecznikach. Ładnie tam: lasy wszędzie i woda. A ziemi cała włóka była, inaczej mórg trzydzieści [ok. 16,5 ha - przyp. aut.]. Wojciech był teraz całą gębą gospodarzem i to nie byle jakim, bo trzydziestakiem! Jan i Agata ciągle mieszkali komorą w chałupie ojca, tam urodził im się kolejny syn, Walek. Życie płynęło im pracowicie, ale dostatnio. Część rodziny skoro świt szła do pańskiej roboty, pozostali pracowali na rodzinnym gospodarstwie.

Po św. Janie roku pańskiego 1838 stało się najgorsze: zmarło się Wojciechowi i Agnieszka została wdową. Opłakawszy go, pochowała na cmentarzu modzerowskim, położonym pięknie na wzgórzu w pobliżu kościoła. Sam proboszcz izbicki pogrzeb odprawił, tak się Wojciechowi poszczęściło. Wieczne odpoczywanie...

Janko z braćmi pomagał matce w gospodarstwie. Odchował już z Agatą dwóch chłopców, a teraz urodził mu się trzeci, Józef. Apolonia, córka Wojciecha, miała już męża, Pietrka Leśniewskich, fornala na służbie w Korzeczniku.

Tymczasem na wieś spadło najgorsze: brankę ogłosili! Pietrka, zdrowego i silnego syna Wojciecha, wyrękę i pomoc w gospodarstwie, car na zatracenie do wojska wziął. A bodaj go szlag, tego cara, diabła-pogana! Na nic płacze i lamenty rodziny - pognali go w świat. I słuch po Pietrku zaginął na zawsze - nigdy już nie wrócił...

Najstarsza córka Wojciecha, Petronela, na służbę poszła do Śmielnika. Matka troskała się jej losem, bo do tej pory za mąż nie wyszła, a już dawno trzydzieści wiosen skończyła. Szałaputna była, a i grosza na posag nie było wiele… Wreszcie znalazł się taki, co ją chciał, a był to Florian Maciejewski z Zagrodnicy - wdowiec z gromadką dzieci. Po ślubie zamieszkała na jego gospodarstwie.

U Jana i Agaty urodziły się nowe dzieci: Michał, Marychna i Froncek. Jan nie posiadał się z radości, bo z chłopoków większa w gospodarstwie pociecha - mawiał, a miał ich już przecie pięciu.

Tymczasem Franciszek od Wojciecha ożenił się z Jantką Zielińskich, która dawno już wpadła mu w oko, lecz prędzej za młoda była. Tym razem rodzice panny dali swoje pozwolenie i ślub się odbył. Błogosławił im proboszcz Szczerbik, bez którego żadna uroczystość obejść się nie mogła. Jan z rodziną przeniósł się do Modzerowa, więc teraz to Froncek gospodarzem był w Korzeczniku.

Ktoś wracający z izbickiego targu przyniósł wiadomość, że w Zagrodnicy zmarła Petronela. Tylko rok była przy mężu…

Roku pańskiego 1850 Modzerowo, w którym mieszkał Jan, spotkało ogromne nieszczęście - wybuchła epidemia cholery. Zmarli wszyscy jego synowie, ino Marianna została. Staruszek ksiądz Skibiński nie nadążał wszystkich grzebać. W czasie epidemii Agata była przy nadziei i martwiła się, żeby dziecko tylko zdrowe się urodziło. Pon Bóg najlepszy doktór: urodził się zdrowy synek, Kaźmirz. Jan z Agatą długo nie mogli się pogodzić ze stratą dzieci. Aby pozbyć się złych wspomnień i odmienić swój los przenieśli się z Marianną i Kazimierzem do Długiego koło Izbicy - pon pozwoleństwo swoje doł. Może im tam lepiej będzie?

Na wieczną pamiątkę zarazy, ludzie z całej okolicy co roku o tej samej porze zaczęli pielgrzymkę odprawiać do pobliskiego klasztoru brdowskiego, aby podziękować Najświętszej Panience za ocalenie.

Tymczasem kolejna córka Wojciecha, Ludwika, (podobnie, jak wcześniej jej siostra Petronela) poszła na służbę do Śmielnika. Rychło wyszła za Jędrzeja Mikołajczaka, parobka w Korzeczniku, i urodził się im pierwszy syn, Marcin. Po ślubie młodzi ruszyli w świat, lepszego życia szukając. Ostatnie wieści o nich przyniósł z Błenny wędrowny dziad kościelny: o narodzinach i śmierci kolejnego ich synka, Józefa.

Jana i Agatę ciągle spotykały nieszczęścia: w Długim zmarł najpierw sam Jan, potem ich córka Marianna. Agata została sama na tym świecie z małym Kazimierzem…

A co z Franciszkiem? Szczęśliwie gospodarzył w Korzeczniku na trzydziestce ojcowej ziemi. Antonina urodziła mu dwóch dorodnych synów: pierworodnego Walentego i Szymona. Ochrzczeni zostali w kościółku w Modzerowie: Walek przez księdza Skibińskiego, Szymek przez proboszcza Petrykowskiego. I niczego nie brakowało im do szczęścia…

 

W tym miejscu nastąpiłby morał, gdyby to była rzeczywiście bajka. Ale morału nie będzie, a historii brak zakończenia, bo ona trwa nadal. Jest to historia naszych przodków, którzy żyli naprawdę, mieli swoje radości i zmartwienia, byli ludźmi z krwi i kości - tak, jak my dzisiaj.

 

 

 

 

 

 

 

Powrót do góry

Projekt i realizacja: Liliana Molenda 2008

Pole tekstowe: